Główny Szlak Beskidzki

519km z Ustronia do Wołosatego

Strona Główna Relacja Noclegi Ekwipunek Odznaka GSB Polecane strony Księga gości Kontakt

Reklama:

Katalog stron turystycznych Wagabundy to obszerny zbiór stron niezbędnych dla każdego turysty.

Dodaj swoje strony już teraz!
www.wagabundy.net
Relacja z GSB: 09.08.2011 - 24.08.2011r.

Dzień zerowy - 08.08.2011r.

  • Wyruszamy przed 6 ze Szczecina, z przesiadką w Katowicach docieramy do Ustronia przed 18. Wita nas lekki deszcz, rozbijamy namiot na polu namiotowym ośrodka "Bartek", ze smakiem zjadamy ugotowane przez na jajka, parę kromek i zapadamy w sen.

    Dzień pierwszy - 09.08.2011r. (21.1 km Ustroń - Stożek Wielki)

  • Wstajemy przed 6, jemy małe co nieco, napełniamy camelbagi i opsikujemy sprayem przeciwgrzybicznym stopy. Z ośrodka wyruszamy lekko po 7, by znaleźć początek szlaku o 8. Robimy sobie zdjęcia ze znakiem początku czerwonego szlaku (GSB) i wyruszamy na Równicę. Po krótkim podejściu jesteśmy pod pierwszym schroniskiem na trasie. Schodzimy podnownie do Ustronia, przechodzimy przez Wisłę na kładce i chwilę potem jesteśmy na podejściu pod Wielką Czantorię. Pogoda daje się we znaki, nasze przeładowane plecaki po 18kg każdy i temperatura koło 30 stopni to nie jest komfortowe połączenie ;) Na Soszowie Wielkim jemy po jednym daniu i do tego pijemy bziankę (wodę z bzem), która gasi nasze pragnienie. Po posiłku udajemy się na schronisko na Stożku Wielkim. Jesteśmy tam o 15, ale jako że to pierwszy dzień i nie ma za bardzo gdzie dalej iść, rozbijamy namiot przy szlaku, co kosztuje nas kilkanaście złotych, ale możemy się umyć, zrobić pranie i brać wrzątek bez ograniczeń. Smarujemy stopy kremem na odciski i koło 21 idzemy spać.

    Dzień drugi - 10.08.2011r. (42.1 km Stożek Wielki - Słowianka)

  • Budzimy się podobnie jak w dniu poprzednim i z uśmiechami na twarzy o 7 wyruszamy na szlak. Idziemy do Kubalonki, gdzie planujemy zjeść drugie śniadanie. Okazuje się, że nie ma żadnego sklepu przy szlaku, więc odbijamy i po dobrych kilku minutach marszu zaopatrujemy się w miejscowym Lewiatanie. Lekko po 10 dochodzimy do schroniska na Przysłopie, pod Baranią Górą. Wypijamy herbaty i idziemy na Baranią. Po drodze mijamy się z pierwszymi osobami. Pogoda deszczowa, ale idzie się przyjemnie. Po chwili postanawiamy pierwszy raz ubrać pałatki, lecz temeperatura w środku była trudna do wytrzymania i gdy silny deszcz ustępuje, z ulgą je zdejmujemy. Schodząc z Glinnej napełniamy niemal puste bukłaki wodą ze źródełka. W Węgierskiej Górce jemy w tamtejszym tanim barze naleśniki z barszczem. Z stamtąd kirujemy się na Abrachamów, by chwilę potem dojść do Słowianki. Niestety, szlak nie był w najlepszym stanie - droga którą prowadzi szlak calutka pokryta była błotem. Nikomu nie udało się przejść tego o suchych butach. Dochodzimy do Słowianki o 19. Zjadamy kolację, myjemy się i robimy pranie. Buty suszymy na piecu.



    Dzień trzeci - 11.08.2011r. (28km Słowianka – Głuchaczki)

  • Ze Słowianki wyruszamy o 8:00, jak się później okazało najpóźniej podczas całej wyprawy. Zostaliśmy tu miło przyjęci, więc śmiało możemy polecić to miejsce. Warunki do marszu były sprzyjające – szlak dobrze oznakowany i co najważniejsze dobra pogoda. Do Rysianki doszliśmy w trochę ponad 1.5h. Odnotowujemy tu dużą liczbę namiotów, lecz na szlaku dalej pustki. Podczas całego dnia minęliśmy mo??e z 20 osób. Nic więc dziwnego, że towarzyszyły nam przez długi odcinek jagody, których po prostu było tu pełno. Po zjedzeniu symbolicznego posiłku przy schronisku na Hali Mizowej udajemy się w stronę przełęczy Glinne, z nadzieją na ciepły posiłek. Tutaj warto wspomnieć o naszym dwudniowym współtowarzyszu - Karolu, prowadzącym projekt Polska Na Szczycie. Niestety, na skutek kontuzji odniesionej parę dni wcześniej musiał skapitulować i zakończyć swoją wyprawę. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Niestety, jedyne pożywienie jakie można było zdobyć na przełęczy to oscypki, także postanowiliśmy odprowadzić Karola do Kobrbielowa, tym samym korzystając z okazji zjeść ciepły posiłek i uzupełnić prowiant, który się już nam kończył. Następnie wracamy na szlak i kontynuujemy wędrówkę, aż do przełęczy Głuchaczki, gdzie swą bazę ma SKBP Katowice. Bardzo przyjazne miejsce.

    Dzień czwarty - 12.08.2011r. (27.3km Głuchaczki - Przeł. Kucałowa)

  • Z bazy namiotowej wyruszamy koło siódmej. Towarzyszą nam dwaj poznani koledzy, Piotrek i Paweł. Idzie nam się przyjemnie i przed 11 idąc spokojnym krokiem dochodzimy do Markowych Szczawin. Z stąd szlak poprowadził nas na Babią Górę, która przywitała nas pięknymi widokami. Byliśmy tam pierwszy raz i zaskoczyło nas łatwe podejście od tej strony. Natomiast zejście, mimo że sprawiało nam przyjemność, na pewno nie było dobre dla naszych kolan. W czasie zejścia przeszedł przelotny deszcz. Odcinek od Przełęczy Krowiarki do Policy ciągnął nam się w nieskończoność. Piotrek, który nam jeszcze towarzyszył miał biodrowe boleści, najprawdopodobniej spowodowane źle dobranym plecakiem. O 17 znajdujemy się na Policy, na której piękne widoki skłaniają nas do spędzenia tu trochę dłuższego czasu. Noc spędzamy w schronisku na przełęczy Kucałowej. Mamy tu dobre warunki do regeneracji. Napełniamy sobie bukłaki tutejszą wodą z kranu. Od współlokatora idącego od Rabki dowiadujemy się o zerwanym moście i z trudnościami jakie nas czekają kolejnego dnia.

    Dzień piąty - 13.08.2011r. (38.2km Przeł. Kucałowa - Stare Wierchy)

  • Na odcinku do Bystrej pierwszy raz napotykamy na wycinkę drzewa, która jest przyczyną zamkniętego szlaku. Jak się później okaże, takie widoki na GSB to niestety powszechność. W Bystrej tracimy współtowarzysza. Od tej pory towarzyszył nam już tylko Paweł. Z powodu zerwania się kładki przez Skawę udaliśmy się trochę dalej, na most kolejowy, dzięki czemu przeszliśmy to o suchej nitce. Wychodząc z Jordanowa koło południa, napotyka nas ulewny, baardzo silny deszcz, dzięki któremu nasze pałatki przechodzą test bojowy. Dodatkową atrakcją są często pojawiające się pioruny. Buty, nawet te najlepsze po krótkim czasie okazały się zbyt niską wodoodpornością, tak więc czuliśmy się jakbyśmy szli w gąbkach. Pałatki spełniły swoje zadanie – plecaki były suche, jednak my sami ociekaliśmy potem. Trasa tego dnia różniła się od pozostałych. Szmat drogi szliśmy po prostu asfaltówką, a następnie przez mokre pola, gdzie na próżno wyszukiwaliśmy oznaczeń szlaku. W Rabce robimy zakupy, skąd ruszamy prosto na Maciejową, gdzie planowaliśmy nocleg. Jednak ku naszemu zdziwieniu nie było tam dla nas miejsca, więc ruszyliśmy na Stare Wierchy. Tu sytuacja wcale nie jest lepsza. Wszystkie miejsca zajęte, a miejsca na glebie zostały wcześniej zarezerwowane! Jak się jednak później okazało znalazło się dla nas miejsce. Nie wspominamy dobrze tego miejsca – krzyki i pijatyka do późnych godzin nocnych.

    Dzień szósty - 14.08.2011r. (37.9km Stare Wierchy – Krościenko)

  • Wyruszamy wcześnie, tym samym żegnając się z Pawłem. Idzie nam się bardzo dobrze. Na Turbaczu nie przebrane tumy. Uciekamy więc jak najszybciej z tego miejsca. Szaleńcze tempo wkrótce dało nam się we znaki. Kończył nam się prowiant, kończy nam się woda. Na Lubań dochodzimy wyczerpani, gdzie napełniamy bukłaki, jemy naleśniki i idziemy dalej. W Krościenku robimy robimy zakupy i rozbijamy się na polu namiotowym nad Dunajcem. Był to jeden z najcięższych dni. Prawie 40km w piekielnym żarze.

    Dzień siódmy - 15.08.2011r. (27.9km Krościenko - Rytro)

  • Krościenko opuszczamy bez sentymentów. Szlak pusty, bez większych przygód. W Schronisku PTTK Przehyba krótko regenerujemy się, napełniamy camelbaki i kontynuujemy wędrówkę. Miejscem wartym uwagi tego dnia była wieża widokowa na Radziejowej, z której widoki są naprawdę piękne. Warto poświęć jej choć chwilę czasu, szczególnie gdy jest słonecznie. Po Radziejowej kierujemy się do Rytra, gdzie stawiamy się niecałe 3 godziny później. Tu niestety czeka nas niespodzianka, gdyż pole namiotowe, na którym mieliśmy plany się rozbić zostało zlikwidowane pół roku wcześniej i zastąpiło je boisko. Jako że pojawiły się nad nami burzowe chmury szukamy na szybko miejsca do spania i lądujemy całkiem nieźle. Mamy całe piętro dla siebie, tak więc idealne warunki do odzyskania sił. Suszymy namiot, robimy pranie.

    Dzień ósmy - 16.08.2011r. (30.5km Rytro - Krynica Zdrój)

  • Następnego dnia czeka nas przykra niespodzianka, gdyż pranie wcale nie chciało wyschnąć. Podsuszamy więc je przy użyciu naszego palnika, który chwilę potem odsyłamy do domu – palnik ważący 2kg i kartusze zajmowały nam dużo miejsca, więc od tego czasu szło nam się łatwiej. Warto wspomnieć, że do paczki dołożyliśmy również długie spodnie, które nam na GSB w sierpniu się nie przydały. Wracając do szlaku, wychodząc z Rytra trochę kluczymy, ale docieramy do schroniska Cyrla. Naprawdę cudowne miejsce. Mimo godzin porannych tętniło życiem, i co ważne były tam normalne ceny. W pobliżu spotykamy 2 salamandry plamiste, dla nas to nowy widok. Szlak jest tego dnia bardzo łagodny, przeszkadza tylko błoto. Posilamy się na Hali Łabowskiej i szybko dochodzimy na Jaworzynę. Męczące jest przejście przez zatłoczoną, rozgrzaną w upale i dłuugą Krynicę. Tam nocujemy.

    Dzień dziewiąty - 17.08.2011r. (29.4km Krynica Zdrój - SKPB Warszawa)

  • Tego dnia czekał na nas Beskid Niski. Zaczął się on dla nas za Huzarami, przegapieniem oznakowania szlaku i jednym z wielu nadłożeń drogi. Wtedy jeszcze zaskoczyło nas, że na całej szerokości szlaku płynie sobie strumyk i nie ma jak tego obejść. Kolejna niespodzianka to „pastuch”, przecinający szlak i przechodzenie przez czyjeś pastwiska. Idziemy teraz cały czas czujnie wypatrując szlaku i obserwując pluskające się w kałużach przekopnice. Za Banicami jest słabo oznakowane podejście, potem po przejściu potoku wchodzi się w las, gdzie szlak długo prowadzi drogą. W Hańczowej zjedliśmy obiad i bez problemu weszliśmy na Kozie Żebro, którym trochę nas straszył kolega ze szlaku. Tego dnia zakończyliśmy marsz w bazie studenckiej w Regietowie. Mili ludzie i ciekawie rozwiązana sprawa prysznica.

    Dzień dziesiąty - 18.08.2011r. (42.4km SKPB Warszawa - Kąty)

  • Szlak tego dnia zaczął się dla nas podejściem na Rotundę (cmentarz wojenny z I WŚ), gdzie zjawiliśmy się lekko po 7. Po opuszczeniu lasu pojawiły się wysokie trawy, obficie pokryte rosą. W Zdynii przy szlaku znajduje się sklep, w którym uzupełniliśmy zapasy i byliśmy gotowi na kolejne parę godzin marszu, aż do Bartnego, gdzie w Bacówce PTTK mieliśmy w planach zjeść obiad. Niestety, bacówka w południe była zamknięta, bez żadnej informacji dla turystów. Czekamy około 10minut, jednak na niewiele to się zdaje. Od spotkanych ludzi dowiadujemy się, że w samej miejscowości funkcjonuje jedynie sklep obwoźny, więc wyruszamy w 23km odcinek do Kątów jedynie z resztkami pożywienia i resztką wody w camelbakach. Szlak w Magurskim Park Narodowy nie pozostawił po sobie dobrego wrażenia, już na samym początku wpadłem w błoto aż po kolano. Na prawie całej długości był rozjechany przez drwali, najwięcej wysiłku kosztowała nas właśnie przeprawa przez takie bagienka. Przy szlaku znaleźliśmy szczęśliwie źródełko (o którym wiedzieliśmy z mapy) więc problem z wodą został rozwiązany. Do Kątów docieramy przed 18, uzupełniamy prowiant i znajdujemy nocleg w gospodarstwie agroturystycznym. Ciężki dzień, z racji wysokiej temperatury, braku planowanego obiadu i jednego z dłuższych dystansów.

    Dzień jedenasty - 19.08.2011r. (32.3km Kąty - Iwanowicz Zdrój)

  • Po wypiciu ciepłej herbaty wracamy na szlak. Zaczynamy dość silnym podejściem i omyłkowo zbaczamy ze szlaku, wchodzimy na Grzywacką Górkę, gdzie stoi pokaźny krzyż milenijny. Wracamy na szlak i kontynuujemy wędrówkę. Idąc lasem zostajemy ostrzeżeni przez drwali przed żmijami i chwilę później zauważamy pierwszą z nich. Na jednej się jednak skończyło. W Chyrowej jesteśmy koło 12 i w prywatnym schronisku zjadamy dwudaniowy obiad. Najedzeni kierujemy się na Pustelnię Jana. Znajduje się tam źródełko z bardzo dobrą wodą ;) Potem zaczyna się niemiły odcinek, bo jest bardzo słabo, a praktycznie wcale nieoznakowany. Chodzi o okolice Cegrowej. Na odcinku 500m musieliśmy nawigować się jedynie mapą. Ścieżka, którą szliśmy wyglądała na wydeptaną przez sarny, a nie na GSB. Jednak się nie myliliśmy i po tych drobnych problemach doszliśmy do Iwanicza, gdzie tradycyjnie znajdujemy nocleg tu?? przed ulewą. Zjadamy po misce twarogu i podziwiamy nocną panoramę Iwanicza, zrobiła ona na nas pozytywne wrażenie.

    Dzień dwunasty - 20.08.2011r. (18.2km Iwanowicz Zdrój - Puławy Górne)

  • Przejście z Iwanicza do Rymanowa niezbyt ciekawe, ale idzie się dobrze, bo szlak dobrze oznakowany. W Rymanowie zbaczamy na chwilę ze szlaku, by zrobić zakupy. Kupujemy jedynie najpotrzebniejsze produkty, czyli wodę, jakieś owoce i jogurty, gdyż na trasie będzie jeszcze jeden sklep. Od Rymanowa GSB prowadzi parę kilometrów po tamtejszych sanatoryjnych szlakach, droga jest szeroka i utwardzona. Mimo wczesnej godziny, mijamy tam sporo spacerowiczów. Dalej zaczyna się istna porażka – błoto, błoto i jeszcze raz błoto, a co najgorsze obejście go graniczyło z cudem. No cóż, nic dziwnego, bo przecież poprzedniego dnia padało. W bazie SKBP Rzeszów podbijamy książeczki i kierujemy się asfaltową drogą do Puław. Mimo że ostro doskwiera idzie nam się dobrze, bo w perspektywie mamy sklep. Niestety, okazuje się, że został zlikwidowany więc zostaliśmy bez większych zapasów. Naszą wędrówk??, zgodnie z wcześniejszymi planami kończymy w Puławach Górnych. Znajduje się tam kilka pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych, ale mimo to znalezienie noclegu nie było takie proste. Po pierwsze, skusiła nas oferta mleczarni, która reklamowała się ofertą agroturystyczną, ale mimo przejścia całej wsi nigdzie jej nie było, a nawet mieszkańcy nic o niej nie wiedzieli. Po drugie, jest to osada Zielonoświątkowców, a że trafiliśmy tam akurat w sobotę i to lekko po 12, to wszyscy byli na spotkaniu w kościele. No i po trzecie, nie mieliśmy zasięgu, więc nie mogliśmy się na podane numery dodzwonić. W końcu znaleźliśmy nocleg, niestety nie należał do tanich, a i mimo prośby o jakieś produkty dostaliśmy jedynie pół chleba, ale zawsze lepsze to niż nic. Na kolacje jemy moczony chleb w barszczu błyskawicznym. Pozostał nam jeszcze mały okrągły pasztet, który zjemy na śniadanie. Tego dnia jeszcze grała nasza Pogoń. Jakimś cudem udało nam się sprawdzić wynik, wygraliśmy 1:0, więc w dobrych humorach idziemy spać.

    Dzień trzynasty - 21.08.2011r. (33.4km Puławy Górne - Duszatyn)

  • Na śniadanie dojadamy resztki, uzupełniamy bukłaki wcześniej przegotowaną wodą i wracamy na szlak. Idzie się przyjemnie, jednak w okolicach 380km na jednym z rozstai szlak źle oznakowany i marnujemy tam około 15 minut. Potem już pozostaje kierowanie się na Tokarnie, charakterystyczny szczyt dzięki wieży transmisyjnej (tam też idziemy na azymut). Trochę dalej zjadamy po batoniku i teraz pozostajemy jedynie z wodą. Zaczyna robić się gorąco, więc staramy się iść rozsądnie, a przede wszystkim nie gubić szlaku. Sztuka ta się dość długo udawała, lecz na przeoranych polach w okolicach Wahalowskiego Wierchu ponownie tracimy czas, tym razem nawet trochę więcej niż ostatnio. Do Komańczy doszliśmy kwadrans przed południem. Zrobiliśmy większe zakupy, jednak wody nie kupujemy na zapas, gdyż w Duszatyniu planowo miał być jeszcze jeden sklep. Niestety po dojściu tradycyjnie okazało się, że żadnego sklepu nie ma, jedynie bar, a w nim mała woda po 5zł. No nic, trzeba kupić bo pić coś trzeba. Rozbijamy się na darmowym polu obok Osławy. Robimy pranie szarym mydłem. W nocy odczuwamy chłód, mogliśmy się trochę dalej rozbić od wody ;).

    Dzień czternasty - 22.08.2011r. (24.4km Duszatyn - Cisna)

  • Rano strzepujemy z namiotu obficie na nim zebraną rosę no i tradycyjnie w okolicy siódmej wyruszamy na kontynuację czerwonego szlaku. Idzie nam się dobrze, do Jezior Duszatyńskich docieramy w połowę wskazanego czasu. Szlak tego dnia nie należał do wymagających. Jedyne co nas tego dnia zaskoczyło, to czas przejścia między Wołosaniem, a bacówką PTTK Pod Honem, który w przewodniku został błędnie zaniżony i idąc trochę się niecierpliwiliśmy (miała być jedna godzina, my szliśmy około 1h 40min). Na Wołosaniu jesteśmy o 11:13 i póki co na szlaku pustki. Od tego czasu minęliśmy trochę turystów, miło jest komu powiedzieć Dzień Dobry ;) W Bacówce wypijamy po herbacie, a w Cisnej zjawiamy się lekko po 13. Zjadamy tam dwudaniowy obiad, niezbędny przy takim wysiłku. Pogoda piękna, tak więc nic dziwnego, że na polu namiotowym sporo biwakujących. Robimy zakupy, następnie pranie. Kolację – twaróg z płatkami, zjadamy przy potoku, podziwiając Bieszczadzką naturę.

    Dzień piętnasty - 23.08.2011r. (31.6km Cisna - Brzegi Górne)

  • Szlak tego dnia w większości nie był mi obcy, gdyż szedłem tą trasą półtora miesiąca wcześniej ;) Podejście na Małe Jasło, które wtedy wydawało się trudniejszym, teraz nie było już takie groźne. Kwadrans po ósmej stawiamy się na szczycie i już wtedy zaczynamy podziwiać panoramę. W okolicy Fereczatej spotykamy pierwszych wędrowców, Słowaków. Idzie nam się naprawdę dobrze, do wsi Smerek dochodzimy przed południem i wiedząc, że czeka nas trudne podejście zjadamy w tamtejszej restauracji bardzo dobry rosół. Uzupełniamy bukłaki i podstawowe zapasy jedzenia po czym zdobywamy Smerka bez zbędnych postojów, jedynie na zrobienie pamiątkowego zdjęcia przy tablicy Bieszczadzkiego PN. Przemarsz Połoniną Wetlińską do Chatki Puchatka to prawdziwa przyjemność. W schronisku zamierzaliśmy napić się herbaty, jednak kolejka no i wysokie ceny nas odstraszyły. Zejście do Brzegów okazało się tego dnia najtrudniejsze. Z jednej strony nogi same ciągną w dół, ale jednak rozsądek rozkazuje trochę wyhamować i uważać na kolana, pamiętając o 18kg na plecach. Był to jeden z nielicznych odcinków, który przeszliśmy w czasie dłuższym od tego podanego w przewodniku. ;) W Brzegach rozbijamy się na polu bodajże za 5zł. Od pani opiekującej się polem kupujemy mleko prosto od krowy, ot taki miły akcent na zakończenie dnia.

    Dzień szesnasty - 24.08.2011r. (31.1km Brzegi Górne - Wołosate)

  • No i dobiega koniec naszej wędrówki. Podekscytowani budzimy się wcześnie i wyruszamy wcześniej niż zwykle – o 6:30. Na Połoninie Ceryńskiej zjawiamy się o 7:30. Tutaj spotykają nas refleksje, dotyczące normalnej dziennej rutyny, w której byłoby to nie do pomyślenia. ;) Lekko po 9 zjawiamy się w Ustrzykach Górnych. Mijając nas na szlaku ludzie nie ukrywali zdziwienia, że już schodzimy ^^. Po wypiciu ulubionych jogurtów i uzupełnieniu płynów (oprócz uzupełniania bukłaków zaopatrujemy się również w napoje izotoniczne), kierujemy się w stronę ostatniego podejścia na GSB. Tutaj pogoda trochę się popsuła, ale w krótkim czasie deszczowe chmury przewiało i znów wyjrzało słońce. Piętnaście dni wędrówki wzmocniło naszą wytrzymałość na tyle, że na masyw Szerokiego Wierchu wchodzimy bez żadnego postoju i bez większego zmęczenia. Żałujemy, że to już koniec! Z racji na prawdziwy upał i niemal bezchmurne niebo bardzo dużo pijemy i szybko okazuje się, że zakup powerade'a był dobrym pomysłem. Po pamiątkowych zdjęciach na Haliczu i Rozsypańcu, czeka nas zejście do Wołosatego. Nie jest ono za ciekawe, ale na pewno lepsze to niż błądzenie po Beskidzie Niskim. Naszą przygodę z GSB kończymy o 15:31. W Wołosatym wpisujemy się do księgi zdobywców szlaku, po czym wracamy do Ustrzyk już autobusem ;) Po zasłużonym odpoczynku, szykując się do spania w Schronisku Kremenaros, spotykamy naszego współtowarzysza Pawła, którego ostatni raz widzieliśmy 11 dni wcześniej na Starych Wierchach. Po długiej rozmowie życzymy mu pomyślnego ukończenia szlaku (ukończył go dzień po nas), a my kładziemy się na karimatach w schroniskowym korytarzu by zebrać siły na powrót do Szczecina.

    Dzień powrotu - 25.08.2011r. (~1020km Wołosate - Szczecin)

  • Z Wołosatego udajemy się busem do Krakowa, gdzie wstępujemy do oddziału PTTK by oddać książeczki do weryfikacji, w celu zdobycia diamentowej odznaki GSB. Potem już nic ciekawego – długo czekamy na pociąg i kolejnego dnia rano jesteśmy z powrotem w Szczecinie!

  • Łukasz Staniszczak © All rights reserved 2011